<

Przeczekać milczeniem

Przeczekać mil­cze­niem naj­gorsze chwile,
które pożer­ają najpiękniejsze doz­na­nia,
a los wydaje na pastwę szatana, co wypada, a nie wypada
wewnętrzną kon­wer­sacją religią się  wzbrania.

Można się cieszyć głupimi uczu­ci­ami
- akcep­tować przekręty słowne,
cyro­graf pod­pisać, aby rządz­iła cud­zym życiem
banda paw­ianów w asyś­cie ponurych goryli.

Wybit­nie fik­cyjny świat jest cały,
a ja stupro­cen­towy fal­sy­fikat
w kuźni cier­pi­enia miecz przetr­wa­nia kuję,
swoje marzenia mozol­nie domkami z kart reanimuję.

Udostęp­nij i podziel się:
  • Twit­ter
  • Face­book
  • email
  • Google Book­marks
  • Stum­ble­Upon
Przeczytaj więcej

jaki jestem

kto mi powie jaki jestem
gdy ramiona swym ciężarem
oplatają niemym gestem
moje smutki troski lęki

kto mi powie jaki jestem
w jakiej ja oprawie żyję
cią­gle jakieś bzdury wieszczę
cynizm czcząc nadmiernie

kto mi powie czy daleko koniec ziem­skiej drogi
kłamstwa poją serum prawdy swe doczesne życia
a ja gonię ideały karmiąc ducha epoki
jak uro­bor swym sym­bolem wiarą gram z wiecznością

Udostęp­nij i podziel się:
  • Twit­ter
  • Face­book
  • email
  • Google Book­marks
  • Stum­ble­Upon
Przeczytaj więcej

Napój Dionizosa*

Kto ma kilka kobiet traci duszę,
ten co posi­ada parę domów, to rozum daje na strace­nie!“
Porząd­kuje życie napo­jem Dion­i­zosa,
pijackim obłę­dem leczy katusze.

Tani sen­ty­men­tal­izm nic nie kosz­tuje,
ta różana definicja współczes­ności
uczy  szy­bko wro­gości i urazy
na której czele stoi żandarm językowy bez twarzy.

Kiedy racja dźwięczy jak Dzwon Zyg­munta
wykła­dem przymierza z miłoś­cią poi słuchacza poglą­dami,
zmienia kolory szy­b­ciej od kameleona
alchemią bycia wszys­tkim dla wszys­t­kich wypasiony.

Udostęp­nij i podziel się:
  • Twit­ter
  • Face­book
  • email
  • Google Book­marks
  • Stum­ble­Upon
Przeczytaj więcej

koryto

kasą wykłuwają oczy
aby nikt nie wiedział
później poli­tyka wkroczy
by niewinny siedział

każdy złodziej też bandyta
w prawo inwes­t­uje
do pełnego prze koryta
nawet żywność truje

winny ten co odkrył prawdę
bo to władzy biznes
spółki rację mają zawżdy
na przekrętów bezkres

już niedługo dzień oszusta
trzeba cele­brować
przy korycie świnia tłusta
będzie asystować

Udostęp­nij i podziel się:
  • Twit­ter
  • Face­book
  • email
  • Google Book­marks
  • Stum­ble­Upon
Przeczytaj więcej

Święci i męczennicy

Dopóki płomyk ich życia tli się na wietrze,
wielkim żalem stroją  męczen­ników i świę­tych,
okruchami słów, nad­mi­arem pewności  siebie,
próbują budować lep­sze jutro!

Każdy nosi w piersi swoje serce,
które  jest kró­likiem w cylin­drze iluzjon­isty,
lubi im bawić się soc­jeta,
potrafi zmo­ty­wować, lub zgasić życie człowieka!

Nie czekają, aż czas zmieni prawdę w kłamstwo,
bo kto nie ma życzeń to gaśnie,
że pewne tylko, co nie jest pewne,
zara­bi­ają na spokój który jest w grobie!

 

Udostęp­nij i podziel się:
  • Twit­ter
  • Face­book
  • email
  • Google Book­marks
  • Stum­ble­Upon
Przeczytaj więcej

Studnia

Głos był tak podobny do rozkazów ich dowódcy, że sześ­cioosobowy odd­ziełek roz­biegł się w poszuki­wa­niu zbiega. Ptak darł się  głośno: Łapać zbiega! Łapać zbiega!- Stać durnie!
Dowódca wyciągnął miecz z pięknie ozdo­bionej szla­chet­nymi kamieni­ami pochwy, odwraca­jąc się od Piątego, zdzielił jego płaską stroną  najbliższego żołnierza, który osunął się nieprzy­tomny na zakur­zoną drogę. Spuszcza­jąc z oczu więź­nia, popełnił kary­godny błąd. Zaprowadza­jąc porządek wśród nieopisanego rozgardiaszu,dał szansę ucieczki więźniowi, który znikł wraz z gada­ją­cym ptakiem. Mimo dokład­nych poszuki­wań w okol­icy, Piąty przepadł jak kamień w wodę.
Na głównym, hand­lowym placu ogom­nego zam­czyska, stary obdarty żebrak pod­pier­a­jąc się sękatym kijem z tru­dem przedzierał się przez rozkrzy­czaną ciżbę ludzką. Szukał wol­nego miejsca, dogod­nego do żebraczego pro­cederu. W tłu­mie uzbro­jeni szpiedzy hra­biego Rent­gera w asyś­cie żołnierzy sprawdzali pode­jrzane osoby. Wresz­cie żebrak wypa­trzył dogodne miejsce przy dużej gospodzie położonej nieco na uboczu głównego placu. Omiótł bystrym wzrok­iem okolicę. Zajrzał do środka gospody, jakby kogoś szukał. W końcu zauważył swój obiekt zain­tere­sowa­nia w grupie bogatych kupców, którzy zbliżali się niespiesznie do gospody. Byli najwidoczniej bardzo głodni. Po zakur­zonych stro­jach, widać było, że przy­byli z daleka. Ale starzec nie zatrzy­mał spo­jrzenia na grupie kupców, ale na wysok­iego parobku, który niósł jakieś paczki, owinięte grubym,szarym mate­ri­ałem, podąża­jąc krok w krok za swoimi panami. Grupa minęła żebraka wchodząc do środka gospody. Parobek mocował się w drzwiach z ciężkimi pakami, kiedy poczuł, że ktoś wkłada mu w dłoń jakiś mały okrągły przed­miot. Roze­jrzał sie wkoło dyskret­nie, ale na obo­jęt­nych twarzach otacza­ją­cych go ludzi nic nie wyczy­tał. Żebrak przepadł, jak kamień w wodę.
Trzech kupców usi­adło przy wol­nym, biesi­ad­nym stole, nato­mi­ast parobek zajął miejsce wśród hałaśli­wych sług, biesiadu­ją­cych nieco na uboczu. Prze­brany jak wiadomo za parobka Piąty starał się nie zwracać swoją osobą uwagi gości  spoży­wa­ją­cych posiłek. Jak do tej pory plany wład­ców wszechświata były bezbłędne.
– Tylko, gdzie się podział ten amant do ręki hra­bi­anki Rent­gerówny?
Rzu­cił okiem na malutki przed­miot, który wcis­nął mu przed wejś­ciem do gospody żebrak.
– Wiedzi­ałem, że to pierś­cień!
Piąty przy­pom­niał sobie o szmer­ach w więzi­en­nej celi.
– Mam tajem­niczych przy­jaciół — pomyślał  o wielu sprzy­ja­ją­cych okolicznoś­ci­ach, które przewinęły się przed jego oczami.
Wyostr­zone zmysły chłopaka ostrze­gały go od pewnego czasu o grążą­cym mu w gospodzie niebez­pieczeńst­wie, które bardzo szy­bko zlokali­zował. Przy długim stole w prze­ci­wległym końcu jadal­nej izby siedzi­ało dwóch wyglą­da­ją­cych na zamożnych mężczyzn. Jeden z nich miał prze­o­raną twarz, jakby wal­czył z niedźwiedziem.
– Piąty uśmiech­nął się na myśl o spotka­niu w lesie i zdradzie, tego człowieka. To szpieg hra­biego Rent­gera!
Tym­cza­sem  do gospody wes­zli nowi goście.W towarzys­t­wie dwóch zbro­jonych  pojawił się młodzie­niec, na którego czekał Piąty. Mocno pod­pici  kupcy, głośno doma­gali się więcej wina, jakby zapom­i­na­jąc o swoim parobku, który zamówił na ich koszt dzban piwa i duże piec­zone baranie udo. Piąty szy­bko zakończył ucztę szyku­jąc się do wyjś­cia za swoją potrzebą, głośno syg­nal­izu­jąc swój zamiar, jakby  był pijany. Na zewnątrz gospody stał niewielki budynek, a w nim wykute w nierównej podło­gowej skale dwie dzi­ury, gdzie załatwiali potrzeby fizjo­log­iczne goś­cie. Budynek przyle­gał do niewyso­kich skał, których tajem­nicę wcześniej odkrył Piąty. Była w tych skałach zamaskowana kryjówka, gdzie właś­ci­ciel gospody okradał swoich bogatych, pijanych kli­jen­tów z kosz­towności.  Chłopak ukrył się w załomie przyległej do budynku skały. Czekał — wiedząc, że cier­pli­wość jego zostanie w końcu nagrod­zona. Po dość długiej chwili oczeki­wa­nia w drzwiach gospody pojawił się wresz­cie  młodzie­niec, ale tylko z jed­nym zbro­jnym, kieru­jąc swe kroki do wiadomego miejsca. Obaj zatrzy­mali się przy otworach, wyj­mu­jąc swoje dowody męskości. Po załatwie­niu pier­wszej potrzeby, czyli pozby­ciu się nad­mi­aru wyp­itego piwa, młodzie­niec spuś­cił spod­nie, wysyła­jąc zbro­jnego do gospody.
– Za chwilę wrócę — prze­cież nie będziesz tutaj ster­czał! — idź, rozkazał!
Kiedy zbro­jny wyszedł, Piąty zaszedł od tyłu ofi­arę chwyta­jąc go za głowę i przykłada­jąc palec do znanego za uchem ener­gety­cznego miejsca. Napad­nięty padł jak rażony piorunem z wytrzes­zonymi ze stra­chu oczyma, jakby zobaczył przy­byłego z czeluści ziemi władcę piekieł.

Udostęp­nij i podziel się:
  • Twit­ter
  • Face­book
  • email
  • Google Book­marks
  • Stum­ble­Upon
Przeczytaj więcej

Aksamitna zemsta alkoholika

Mroźna zima lat sześćdziesią­tych dwudzi­estego wieku. Mała sta­cyjka w miejs­cowości S.… jed­nego z przy­granicznych powiatów w Polsce “B” przy wschod­niej granicy.  Godz­ina pier­wsza w nocy. Mały zaprzężony do sań konik ciag­nął sanie, gdzie oku­tane w ciepłe kożuchy dwie osoby, przedzier­ało się przez zaspy śnieżne do pociągu, którego przy­by­cie według rozkładu jazdy miało być na godz­inę drugą pięt­naś­cie po północy. Ogromny księżyc kładł cie­nie przy­drożnych, wys­tro­jonych w biel śniegu, grusz i krzyży. Prze­j­mu­jąca cisza. Tylko skrzyp­i­e­nie płóz sań o śnieg i kroki konika docier­ały do uszu dwójki podróżnych. Był siar­czysty mróz. Od czasu do czasu w mijanych sos­nowych zaga­jnikach pękały rozsadzane przez niską tem­per­aturę drzewa wwier­ca­jąc się w prz­er­aźliwą ciszę.
– Mam złe przeczu­cie, zwró­ciła się do męża młoda kobi­eta — z jej ust wydoby­wały się ledwo widoczne kłęby pary.
– Musimy dzisiaj bardzo uważać, wsiowe pieski mogły na nas donieść. Widzi­ałeś te światło w jed­nym z okien. On pracuje w urzędzie bez­pieczeństwa. Pewnie całą noc pił ze swymi kole­si­ami, a teraz zechcą na nas zapolować.
– Naj­gorsi są sąsiedzi uda­jący naszych przy­jaciół — mruknął mężczyzna. Nie kracz — dodał, bo wykraczesz nieszczęś­cie.
Tak rozpraw­ia­jąc dotarli do małej, leżącej nieco na uboczu sta­cyjki, okrążonej przez młode sos­nowe lasy, ubrane w białe welony śniegu, rozświ­et­lone sre­brem księżyca, tworzyły kra­jo­braz godny bajek Ander­sena. Podróżni zatrzy­mali się w lesie około kilo­me­tra od sta­cyjki w obawie przed łapanką ubow­ców. Mieli jeszcze pół godziny do przy­jazdu pociągu, który z tru­dem przedzierał się do Warszawy.  W śred­nim wieku mężczyzna zaczął wyład­owywać ciężkie paki z sań, które przed samym odjaz­dem pociągu miały być prze­trans­portowane na peron. Jego żona hand­lowała czym się dało, wożąc nad­wyżki wypro­dukowane w gospo­darst­wie rol­niczym do stol­icy. Tam, na Bazarze Róży­ck­iego sprzedawała rol­nicze spec­jały spoży­w­cze i włas­nej roboty, artysty­czne wyroby — takie tam hafty, robione ręcznie swetry itp. Wraca­jąc z Warszawy przy­woz­iła gotowe wyroby masarskie i różne tam fatałszki damskie — sprzeda­jąc je dla zna­jomych w swo­jej i okolicznych wsi­ach. Małorolna rodz­ina z tru­dem egzys­towała, ale to tylko dzięki temu mikroskopi­jnemu hand­lowi. Bied­nie się wtedy żyło, oj bied­nie.
Trzy paczki z dro­biem zostały już wyład­owane z sań i czekały na trans­port w stronę per­onu. Aby nie wpaść w ręce mil­icji, trans­port paczek z lasu odby­wał się na pięć minut przed przy­jaz­dem pociągu. Koń, który był uczest­nikiem tego, jak na owe czasy przestępczego pro­cederu, raptem zas­trzygł niespoko­jnie uszami.
– Stój bo strze­lam! — rozległ sie w ciszy leśnej ostry głos rozkazu.
Zza sosen pokry­tych cza­pami  śniegu pojawił się mil­ic­jant w towarzys­t­wie dwóch ormow­ców — od wszys­t­kich jechało gorzałą.
– Wróg Pol­ski Ludowej! — przed­stawił mężczyznę swoim towarzys­zom mil­ic­jant, przykłada­jąc pis­to­let do głowy wal­cza­cego o przetr­wanie w tejże Ludowej Polsce, byłego żołnierza przed­wo­jen­nej armii Wojska Pol­skiego wal­czącego w for­ma­cji pułku ułanów, gdzieś w okol­icy Brześ­cia trafił do niemieck­iej niewoli, skąd ociekł. Dzisiaj był wściekły na siebie, że dał się schwytać jak dziki zwierz w półapkę zastaw­ioną przez przed­staw­icieli rozu­mi­anej inaczej wol­ności.
– Strze­laj chamie! — powiedział spoko­jnie mężczyzna.
– Nie podoba ci się Pol­ska Ludowa, to spierdalaj za Linię Kier­zona — odparł wściekły mil­ic­jant.
– A, ty skąd przy­byłeś, właśnie zza tej linii, aby w Polsce budować komu­nizm — kto cię przysłał? — - zadał  pytanie  mężczyzna.
– Ty skur­wielu! — wysy­czał swoim wschod­nim koślawym  językiem mil­ic­jant.
– A, teraz strze­laj chamie! — powiedział hardo mężczyzna. Zas­trzel mnie za te kilka zas­ranych kur, które wiezie moja żona na sprzedaż do Warszawy, aby przeżyć.
Mil­ic­jant upoko­r­zony przez miejs­cowego, wydawałoby się prostego chłopa,  wcis­nął moc­niej pis­to­let w skroń mężczyzny.
Dwaj ormowcy mil­czeli, nie wtrą­ca­jąc się do roz­mowy. Huknął strzał…

Minęło trzy­dzieści lat od tego pamięt­nego dla niek­tórych wydarzenia. Małe zapyzi­ałe miasteczko niedaleko granicy Pol­ski z Białorusią.

-

Udostęp­nij i podziel się:
  • Twit­ter
  • Face­book
  • email
  • Google Book­marks
  • Stum­ble­Upon
Przeczytaj więcej
Strona 1 z 6212345...102030...Ostatni »