Studnia
Głos był tak podobny do rozkazów ich dowódcy, że sześcioosobowy oddziełek rozbiegł się w poszukiwaniu zbiega. Ptak darł się głośno: Łapać zbiega! Łapać zbiega!- Stać durnie! Dowódca wyciągnął miecz z pięknie ozdobionej szlachetnymi kamieniami pochwy, odwracając się od Piątego, zdzielił jego...
Studnia
Pragnę opowiedzić wam ciąg dalszy przygód Piątego, który znalazł się w innym wymiarze czasu. Skierowany przez potężnych władców piekieł i nieba w celu ukarania złego i niezwykle podstępnego hrabiego Rentgera. Żyjący w czasach średniowiecza bezwzgledny władca naraził się niebiosom i piekłu,...
Komunikat
Rogal księżyca w oczy dziś bodzie – wstawaj, Twardowski na ziemię wraca! Głodził on mnie długo o chlebie i wodzie, pewnie Ameryka też w tym palce macza! Swoich agentów trzyma w kosmosie – Twardowski ciało me torturował! Nasze kosmiczne prawo miał w nosie, pod sąd, aby płakał i pożałował. Księżyc z...
Przeczekać milczeniem
Przeczekać milczeniem najgorsze chwile,
które pożerają najpiękniejsze doznania,
a los wydaje na pastwę szatana, co wypada, a nie wypada
wewnętrzną konwersacją religią się wzbrania.
Można się cieszyć głupimi uczuciami
- akceptować przekręty słowne,
cyrograf podpisać, aby rządziła cudzym życiem
banda pawianów w asyście ponurych goryli.
Wybitnie fikcyjny świat jest cały,
a ja stuprocentowy falsyfikat
w kuźni cierpienia miecz przetrwania kuję,
swoje marzenia mozolnie domkami z kart reanimuję.
jaki jestem
kto mi powie jaki jestem
gdy ramiona swym ciężarem
oplatają niemym gestem
moje smutki troski lęki
kto mi powie jaki jestem
w jakiej ja oprawie żyję
ciągle jakieś bzdury wieszczę
cynizm czcząc nadmiernie
kto mi powie czy daleko koniec ziemskiej drogi
kłamstwa poją serum prawdy swe doczesne życia
a ja gonię ideały karmiąc ducha epoki
jak urobor swym symbolem wiarą gram z wiecznością
Napój Dionizosa*
“Kto ma kilka kobiet traci duszę,
ten co posiada parę domów, to rozum daje na stracenie!“
Porządkuje życie napojem Dionizosa,
pijackim obłędem leczy katusze.
Tani sentymentalizm nic nie kosztuje,
ta różana definicja współczesności
uczy szybko wrogości i urazy
na której czele stoi żandarm językowy bez twarzy.
Kiedy racja dźwięczy jak Dzwon Zygmunta
wykładem przymierza z miłością poi słuchacza poglądami,
zmienia kolory szybciej od kameleona
alchemią bycia wszystkim dla wszystkich wypasiony.
koryto
kasą wykłuwają oczy
aby nikt nie wiedział
później polityka wkroczy
by niewinny siedział
każdy złodziej też bandyta
w prawo inwestuje
do pełnego prze koryta
nawet żywność truje
winny ten co odkrył prawdę
bo to władzy biznes
spółki rację mają zawżdy
na przekrętów bezkres
już niedługo dzień oszusta
trzeba celebrować
przy korycie świnia tłusta
będzie asystować
Święci i męczennicy
Dopóki płomyk ich życia tli się na wietrze,
wielkim żalem stroją męczenników i świętych,
okruchami słów, nadmiarem pewności siebie,
próbują budować lepsze jutro!
Każdy nosi w piersi swoje serce,
które jest królikiem w cylindrze iluzjonisty,
lubi im bawić się socjeta,
potrafi zmotywować, lub zgasić życie człowieka!
Nie czekają, aż czas zmieni prawdę w kłamstwo,
bo kto nie ma życzeń to gaśnie,
że pewne tylko, co nie jest pewne,
zarabiają na spokój który jest w grobie!
Przeczytaj więcej
Studnia
Głos był tak podobny do rozkazów ich dowódcy, że sześcioosobowy oddziełek rozbiegł się w poszukiwaniu zbiega. Ptak darł się głośno: Łapać zbiega! Łapać zbiega!- Stać durnie!
Dowódca wyciągnął miecz z pięknie ozdobionej szlachetnymi kamieniami pochwy, odwracając się od Piątego, zdzielił jego płaską stroną najbliższego żołnierza, który osunął się nieprzytomny na zakurzoną drogę. Spuszczając z oczu więźnia, popełnił karygodny błąd. Zaprowadzając porządek wśród nieopisanego rozgardiaszu,dał szansę ucieczki więźniowi, który znikł wraz z gadającym ptakiem. Mimo dokładnych poszukiwań w okolicy, Piąty przepadł jak kamień w wodę.
Na głównym, handlowym placu ogomnego zamczyska, stary obdarty żebrak podpierając się sękatym kijem z trudem przedzierał się przez rozkrzyczaną ciżbę ludzką. Szukał wolnego miejsca, dogodnego do żebraczego procederu. W tłumie uzbrojeni szpiedzy hrabiego Rentgera w asyście żołnierzy sprawdzali podejrzane osoby. Wreszcie żebrak wypatrzył dogodne miejsce przy dużej gospodzie położonej nieco na uboczu głównego placu. Omiótł bystrym wzrokiem okolicę. Zajrzał do środka gospody, jakby kogoś szukał. W końcu zauważył swój obiekt zainteresowania w grupie bogatych kupców, którzy zbliżali się niespiesznie do gospody. Byli najwidoczniej bardzo głodni. Po zakurzonych strojach, widać było, że przybyli z daleka. Ale starzec nie zatrzymał spojrzenia na grupie kupców, ale na wysokiego parobku, który niósł jakieś paczki, owinięte grubym,szarym materiałem, podążając krok w krok za swoimi panami. Grupa minęła żebraka wchodząc do środka gospody. Parobek mocował się w drzwiach z ciężkimi pakami, kiedy poczuł, że ktoś wkłada mu w dłoń jakiś mały okrągły przedmiot. Rozejrzał sie wkoło dyskretnie, ale na obojętnych twarzach otaczających go ludzi nic nie wyczytał. Żebrak przepadł, jak kamień w wodę.
Trzech kupców usiadło przy wolnym, biesiadnym stole, natomiast parobek zajął miejsce wśród hałaśliwych sług, biesiadujących nieco na uboczu. Przebrany jak wiadomo za parobka Piąty starał się nie zwracać swoją osobą uwagi gości spożywających posiłek. Jak do tej pory plany władców wszechświata były bezbłędne.
– Tylko, gdzie się podział ten amant do ręki hrabianki Rentgerówny?
Rzucił okiem na malutki przedmiot, który wcisnął mu przed wejściem do gospody żebrak.
– Wiedziałem, że to pierścień!
Piąty przypomniał sobie o szmerach w więziennej celi.
– Mam tajemniczych przyjaciół — pomyślał o wielu sprzyjających okolicznościach, które przewinęły się przed jego oczami.
Wyostrzone zmysły chłopaka ostrzegały go od pewnego czasu o grążącym mu w gospodzie niebezpieczeństwie, które bardzo szybko zlokalizował. Przy długim stole w przeciwległym końcu jadalnej izby siedziało dwóch wyglądających na zamożnych mężczyzn. Jeden z nich miał przeoraną twarz, jakby walczył z niedźwiedziem.
– Piąty uśmiechnął się na myśl o spotkaniu w lesie i zdradzie, tego człowieka. To szpieg hrabiego Rentgera!
Tymczasem do gospody weszli nowi goście.W towarzystwie dwóch zbrojonych pojawił się młodzieniec, na którego czekał Piąty. Mocno podpici kupcy, głośno domagali się więcej wina, jakby zapominając o swoim parobku, który zamówił na ich koszt dzban piwa i duże pieczone baranie udo. Piąty szybko zakończył ucztę szykując się do wyjścia za swoją potrzebą, głośno sygnalizując swój zamiar, jakby był pijany. Na zewnątrz gospody stał niewielki budynek, a w nim wykute w nierównej podłogowej skale dwie dziury, gdzie załatwiali potrzeby fizjologiczne goście. Budynek przylegał do niewysokich skał, których tajemnicę wcześniej odkrył Piąty. Była w tych skałach zamaskowana kryjówka, gdzie właściciel gospody okradał swoich bogatych, pijanych klijentów z kosztowności. Chłopak ukrył się w załomie przyległej do budynku skały. Czekał — wiedząc, że cierpliwość jego zostanie w końcu nagrodzona. Po dość długiej chwili oczekiwania w drzwiach gospody pojawił się wreszcie młodzieniec, ale tylko z jednym zbrojnym, kierując swe kroki do wiadomego miejsca. Obaj zatrzymali się przy otworach, wyjmując swoje dowody męskości. Po załatwieniu pierwszej potrzeby, czyli pozbyciu się nadmiaru wypitego piwa, młodzieniec spuścił spodnie, wysyłając zbrojnego do gospody.
– Za chwilę wrócę — przecież nie będziesz tutaj sterczał! — idź, rozkazał!
Kiedy zbrojny wyszedł, Piąty zaszedł od tyłu ofiarę chwytając go za głowę i przykładając palec do znanego za uchem energetycznego miejsca. Napadnięty padł jak rażony piorunem z wytrzeszonymi ze strachu oczyma, jakby zobaczył przybyłego z czeluści ziemi władcę piekieł.
Aksamitna zemsta alkoholika
Mroźna zima lat sześćdziesiątych dwudziestego wieku. Mała stacyjka w miejscowości S.… jednego z przygranicznych powiatów w Polsce “B” przy wschodniej granicy. Godzina pierwsza w nocy. Mały zaprzężony do sań konik ciagnął sanie, gdzie okutane w ciepłe kożuchy dwie osoby, przedzierało się przez zaspy śnieżne do pociągu, którego przybycie według rozkładu jazdy miało być na godzinę drugą piętnaście po północy. Ogromny księżyc kładł cienie przydrożnych, wystrojonych w biel śniegu, grusz i krzyży. Przejmująca cisza. Tylko skrzypienie płóz sań o śnieg i kroki konika docierały do uszu dwójki podróżnych. Był siarczysty mróz. Od czasu do czasu w mijanych sosnowych zagajnikach pękały rozsadzane przez niską temperaturę drzewa wwiercając się w przeraźliwą ciszę.
– Mam złe przeczucie, zwróciła się do męża młoda kobieta — z jej ust wydobywały się ledwo widoczne kłęby pary.
– Musimy dzisiaj bardzo uważać, wsiowe pieski mogły na nas donieść. Widziałeś te światło w jednym z okien. On pracuje w urzędzie bezpieczeństwa. Pewnie całą noc pił ze swymi kolesiami, a teraz zechcą na nas zapolować.
– Najgorsi są sąsiedzi udający naszych przyjaciół — mruknął mężczyzna. Nie kracz — dodał, bo wykraczesz nieszczęście.
Tak rozprawiając dotarli do małej, leżącej nieco na uboczu stacyjki, okrążonej przez młode sosnowe lasy, ubrane w białe welony śniegu, rozświetlone srebrem księżyca, tworzyły krajobraz godny bajek Andersena. Podróżni zatrzymali się w lesie około kilometra od stacyjki w obawie przed łapanką ubowców. Mieli jeszcze pół godziny do przyjazdu pociągu, który z trudem przedzierał się do Warszawy. W średnim wieku mężczyzna zaczął wyładowywać ciężkie paki z sań, które przed samym odjazdem pociągu miały być przetransportowane na peron. Jego żona handlowała czym się dało, wożąc nadwyżki wyprodukowane w gospodarstwie rolniczym do stolicy. Tam, na Bazarze Różyckiego sprzedawała rolnicze specjały spożywcze i własnej roboty, artystyczne wyroby — takie tam hafty, robione ręcznie swetry itp. Wracając z Warszawy przywoziła gotowe wyroby masarskie i różne tam fatałszki damskie — sprzedając je dla znajomych w swojej i okolicznych wsiach. Małorolna rodzina z trudem egzystowała, ale to tylko dzięki temu mikroskopijnemu handlowi. Biednie się wtedy żyło, oj biednie.
Trzy paczki z drobiem zostały już wyładowane z sań i czekały na transport w stronę peronu. Aby nie wpaść w ręce milicji, transport paczek z lasu odbywał się na pięć minut przed przyjazdem pociągu. Koń, który był uczestnikiem tego, jak na owe czasy przestępczego procederu, raptem zastrzygł niespokojnie uszami.
– Stój bo strzelam! — rozległ sie w ciszy leśnej ostry głos rozkazu.
Zza sosen pokrytych czapami śniegu pojawił się milicjant w towarzystwie dwóch ormowców — od wszystkich jechało gorzałą.
– Wróg Polski Ludowej! — przedstawił mężczyznę swoim towarzyszom milicjant, przykładając pistolet do głowy walczacego o przetrwanie w tejże Ludowej Polsce, byłego żołnierza przedwojennej armii Wojska Polskiego walczącego w formacji pułku ułanów, gdzieś w okolicy Brześcia trafił do niemieckiej niewoli, skąd ociekł. Dzisiaj był wściekły na siebie, że dał się schwytać jak dziki zwierz w półapkę zastawioną przez przedstawicieli rozumianej inaczej wolności.
– Strzelaj chamie! — powiedział spokojnie mężczyzna.
– Nie podoba ci się Polska Ludowa, to spierdalaj za Linię Kierzona — odparł wściekły milicjant.
– A, ty skąd przybyłeś, właśnie zza tej linii, aby w Polsce budować komunizm — kto cię przysłał? — - zadał pytanie mężczyzna.
– Ty skurwielu! — wysyczał swoim wschodnim koślawym językiem milicjant.
– A, teraz strzelaj chamie! — powiedział hardo mężczyzna. Zastrzel mnie za te kilka zasranych kur, które wiezie moja żona na sprzedaż do Warszawy, aby przeżyć.
Milicjant upokorzony przez miejscowego, wydawałoby się prostego chłopa, wcisnął mocniej pistolet w skroń mężczyzny.
Dwaj ormowcy milczeli, nie wtrącając się do rozmowy. Huknął strzał…
Minęło trzydzieści lat od tego pamiętnego dla niektórych wydarzenia. Małe zapyziałe miasteczko niedaleko granicy Polski z Białorusią.
-
Przeczytaj więcej



